IV. Pierwsze dniMinęła podróż, a może nawet pierwsza noc spędzona pod kolonijnym dachem. Zaczynają się zwykłe dni kolonijne, pozornie jeszcze na "pierwszym biegu" i nieco zdezorganizowane. Jesteśmy trochę ograniczeni w organizowaniu niektórych zajęć, zanim dzieci nie przebada lekarz i nie wyda decyzji i ewentualnych zakazów m.in. dotyczących kąpieli. Zdarza się, że kuchnia spóźni się z obiadem, albo grupa spóźni się na obiad. W grupach młodszych "docierają się", czasem wśród łez, sprawy organizacji codziennego życia, przystosowania do nowych warunków. W grupach starszych tworzą się pierwsze społeczne układy. Nawet zupełnie niedoświadczony wychowawca wyczuwa, że właśnie w tej chwili trzeba zjednoczyć grupę, uzyskać wpływ na jej strukturę, wytworzyć pierwsze więzi przyjaźni. Każdy to wie, a jednak w tym okresie często popełniamy błędy, które potem utrudniają nam pracę aż do końca turnusu. Absorbuje nas wiele spraw porządkowych, a konieczność poświęcenia szczególnej uwagi jednostkom, które sprawiają jakieś specjalne kłopoty, utrudnia nam zobaczenie i opanowanie grupy jako całości. Poznaj swoje dzieciJednostki, które najłatwiej i najszybciej dają się poznać, nie zawsze odgrywają największą rolę w grupie podczas trwania całego turnusu. Nierzadko tych, na których rzeczywiście możemy się oprzeć w swojej pracy wychowawczej, poznajemy i zauważamy dopiero później, po kilku czy kilkunastu dniach wspólnego obcowania. Niektóre dzieci świadomie przyjmują w pierwszych dniach kolonii pozycję wyczekującą i nie wyrywają się zbytnio ze swą aktywnością. Najwięcej zaś jest takich, które mogą okazać się "dobre" lub "złe" w zależności od tego, jak potoczą się pierwsze dni kolonijnego życia. Obserwując kilkakrotnie na koloniach te same dzieci można stwierdzić, że często na jednym turnusie dziecko jest aktywne i uspołecznione, a na innych - sceptyczne i "stające okoniem". Dużą rolę odgrywa w tych zmianach zespół doświadczeń, które dziecko zgromadziło podczas rocznej przerwy między koloniami, ale także i to, czy wychowawca grupy potrafił nawiązać z nim kontakt, wykryć jego indywidualne zamiłowania i wykorzystać jego zdolności i ambicje, czy też "nie poznał się" na dziecku i sprawił, że nastawiło się ono do życia kolonijnego biernie, a nawet wrogo. Szybkość zdobycia jak największej ilości wiedzy o każdym dziecku i dokonanie wyboru odpowiedniego postępowania z nim jest szczególnie ważne w kontakcie z grupą kolonijną. Oczywiście ten proces poznawania dzieci trwać będzie przez cały turnus, a czasami zdarzy się, że dopiero po powrocie z kolonii dokonamy jakiejś ogólnej oceny postępowania naszych wychowanków. Ale musimy się starać, aby przynajmniej minimum wiedzy uzyskać w ciągu pierwszych dni. Spróbujmy sobie powiedzieć, jakie źródła tej wiedzy mogą być dla nas dostępne. Pierwsza rzecz, o której była już mowa w rozdziale poprzednim, to lista uczestników i stosunkowo szybkie nauczenie się z niej imion i nazwisk. Druga rzecz - to zapoznanie się z treścią kolonijnych kart zdrowia. Niedawno karty te zostały zmienione i stały się przez to znacznie bardziej interesującym materiałem do analizy, niż to było dawniej. Karta zawiera obecnie rubryki bardzo dla nas ważne, a mianowicie informacje o zachowaniu, zainteresowaniach i uspołecznieniu dziecka. Rubryki tę wypełniają zarówno szkoła, jak i rodzice. Sposób ich wypełnienia często jeszcze pozostawia wiele do życzenia, ale zawsze przecież czegoś można się z nich dowiedzieć. Ważne są także informacje o środowisku dziecka, o jego sytuacji rodzinnej i stanie zdrowia. Na ich podstawie możemy sobie wyjaśnić niektóre pozornie niezrozumiałe zachowania naszych wychowanków. Pamiętajmy jednak, że sprawą naszej dyskrecji i taktu jest takie korzystanie z dostępnych nam informacji, aby istotnych bądź co bądź faktów nie uczynić bodźcem do niestosownych reakcji rówieśników. Kolejnym źródłem informacji jest obserwacja dzieci i wyciąganie wniosków z ich zachowania. Ważne jest przy tym nie tylko to, co mamy okazję zaobserwować podczas zajęć kierowanych, ale również i wtedy, kiedy w grupie "nic się nie dzieje" - to znaczy kiedy dzieci myją się, czekają w kolejce do lekarza, stoją na placu apelowym, czy też grają w piłkę - warto na nie uważnie spoglądać, gdyż wtedy właśnie można się o nich najwięcej dowiedzieć. Przy programowaniu zajęć na pierwsze dni kolonii warto pomyśleć o takich, podczas których dzieci będą miały okazję do wszechstronnego zaprezentowania swych indywidualności. Dlatego też te pierwsze dni powinny objąć możliwie najszerszy wachlarz zajęć różnego typu, tak abyśmy mogli zorientować się, kto jest mocny w sporcie, kto ma zdolności artystyczne lub techniczne, komu bliskie są zagadnienia związane z turystyką itp. Wszelkiego rodzaju gry zespołowe, w których dzieci same dzielą się rolami i muszą przestrzegać narzuconych przez siebie norm, dają nam bardzo dobre wyobrażenie o poszczególnych charakterach. Nawet zwykła gra w chowanego może nam powiedzieć wiele o tym, kto ma skłonność do ułatwiania sobie życia przez drobne szachrajstwa, kto odznacza się pomysłowością, kto jest kłótliwy, a kto zgodny. Konieczne jest zorganizowanie podczas tych pierwszych dni kilku "seansów", w których wszystkie dzieci będą miały okazję do indywidualnego i dość swobodnego wypowiadania się - coś w rodzaju ustnych wypracowań na dowolny temat, np.: "co najbardziej lubię", albo "moja ulubiona książka lub film", "gdzie byłem z zeszłym roku na wakacjach", "moja dziwna przygoda" itp. Można nadać tym zajęciom formę jakiejś gry lub konkursu i przeprowadzić je podczas spaceru, pogawędki na plaży albo wieczornej rozmowy przed zaśnięciem. Można dzieci zachęcić własnym przykładem, opowiadając im coś na początek. Jeżeli ktoś nie będzie chciał nic mówić - nie należy go oczywiście zmuszać. Jego opory też są dla nas dobrą informacją. Kłopotliwe przypadkiW grupie szybko odkryjemy dzieci, których sposób bycia na kolonii odbiega w jakiś sposób od przyjętych norm. Pamiętać jednak należy, że informacje, które tutaj przekażemy, będą z konieczności tylko ogólnikowe. Mogą się one skonkretyzować dopiero wówczas, jeśli powiążemy je z indywidualną obserwacją i jednostkową wiedzą o każdym dziecku. Często rzucającym się w oczy przypadkiem jest dziecko, które płacze. Płacz u dzieci może występować w różnych sytuacjach i okolicznościach. Mogą to być dzieci, które szlochają głośno i publicznie, takie, które milkną, chowają się po kątach, a zewnętrznym objawem ich tęsknoty za domem - jest przede wszystkim niechęć do nawiązywania kontaktów i zaczerwienione od łez oczy. Płaczą najczęściej dziewczynki z najmłodszych grup (często płacze cała grupa lub pokój), przytrafia się to równie często małym chłopcom, ale także i starszym dzieciom. Naszym normalnym odruchem uczuciowym jest zwiększona troska i serdeczność wobec takiego dziecka. To zazwyczaj pomaga i po dwóch, trzech dniach przestaje ono płakać. Nie zawsze jednak aklimatyzuje się prawidłowo. Często ma w dalszym ciągu trudności w zaprzyjaźnieniu się z innymi dziećmi i tylko wówczas czuje się dobrze, gdy wychowawca poświęca mu więcej czasu niż jego kolegom. Wytwarza się więc błędne koło, im bardziej bowiem wychowawca wyróżnia dziecko, tym bardziej nie lubią go współtowarzysze. Dziecko z kolei, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w grupie czuje, że tylko płacz ściąga nań zainteresowanie otoczenia i stosuje swoisty "terror łez". Oprócz ciepła, jakim staramy się otoczyć płaczące dziecko, musimy zrobić dwie rzeczy: utorować mu drogę do społeczności rówieśniczej oraz "zaintrygować" życiem kolonijnym. Potężnym, a nie zawsze docenianym środkiem jest powierzanie zadań i funkcji. Musi to być jednak oparte na pewnej znajomości dziecka, tak aby wykorzystać jego naturalne walory i dać mu możliwość uzyskania sukcesu. W grupach młodszych zadania takie mogą być proste i łatwe. Na przykład dziecko, które otwiera i zamyka salę, chodzi z wychowawcą po podwieczorki, a nawet nosi piłkę czy zapisuje jakąś punktację w zawodach będzie się czuło wyróżnione, zwłaszcza jeśli jego funkcja zostanie poparta odpowiednim "tytułem". Pewną odmianę trudności adaptacyjnych stanowi przypadek dziecka "przylepki". U takiego dziecka zmiana sytuacji życiowej i tęsknota za domem przeradza się w potrzebę bliskiego, stałego i namacalnego obcowania z opiekunem grupy. Dziecko takie chciało by stale trzymać za rękę i przytulać się do wychowawcy. Mimo woli prowokuje swym zachowaniem inne dzieci do rywalizacji o te wszystkie względy. Dziecko takie, w zależności od swego uroku osobistego, wyda się nam albo "wdzięczne" i miłe, albo natarczywe i nachalne. Choć sytuacja ta nie ma charakteru wyraźnego konfliktu, wprawia nas często w stan zakłopotania, rodzi utarczki między rówieśnikami i skłania do rozmyślań: "jak z tego wybrnąć?" Zdajemy przecież sobie sprawę, że nasze uczucia do dzieci musimy dzielić równo i sprawiedliwie, że nie możemy nikogo wyróżniać ani nikogo odtrącać. I w tym przypadku trudno jest cokolwiek postanowić bez bliższej znajomości dziecka. Jednakże najogólniej rzecz biorąc, drogi postępowania powinny być podobne jak w sytuacji poprzedniej. Zaabsorbowanie dziecka tokiem życia w grupie, doprowadzenie do tego, aby poczuło się cząstką zespołu - to właśnie metody postępowania dające szansę poprawy sytuacji. Musi to oczywiście iść w parze z taktycznym rozwiązywaniem problemów zazdrości o względy "pani". W grupach dzieci najmłodszych - w tych pierwszych dniach - konieczne jest nawet czasem ustalenie swojego rodzaju "kolejki" tych, którzy siadają koło wychowawcy przy stole, idą koło niego w czasie wycieczki itp. Następną dość charakterystyczną postacią, występującą niemal we wszystkich grupach bez względu na wiek i płeć, jest tak zwany "wesołek" lub "błazen". Taki typ dziecka daje się we znaki również nauczycielom w szkole. Zazwyczaj jest to jednostka dysponująca dość rozwiniętym (choć często w nie najlepszym gatunku) poczuciem humoru, darem wymowy i pewną błyskotliwością. Cechy te często występują w połączeniu z jakimś defektem wyglądu zewnętrznego lub niską samooceną dziecka. "Wygłupianie się" jest bowiem zazwyczaj reakcją obronną, sposobem tuszowania słabych stron, jawnych lub ukrytych, wyrabianiem sobie bezpiecznej pozycji w grupie, jeśli dziecko w inny sposób nie może lub nie potrafi tej pozycji osiągnąć. Najczęściej bowiem bywa tak, że nasz wesołek wcale nie jest szczęśliwy z tego powodu, że inni śmieją się z niego. Uważa jednak, że lepiej będzie, jeśli sam ten śmiech wywoła, niż jeśli miałby pojawić się wbrew jego woli. Dlatego też "udaje głupiego", wybucha śmiechem w najpoważniejszych momentach, dowcipkuje przy każdej okazji kosztem własnym lub kolegów, całego otoczenia, a nawet wychowawcy. Jeśli zostanie skarcony - stroi błazeńskie miny i tym również rozśmiesza całą grupę. Naszą irytację w stosunku do takich sytuacji łatwiej będzie opanować, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że śmiech u dzieci jest niekiedy wynikiem nadmiernego napięcia nerwowego. Stąd biorą się lawiny chichotów na bardzo uroczystych apelach, stąd dziecko śmieje się, gdy kłamie, stąd dzieciak wystąpiwszy karnie przed całą kolonią na apelu, zamiast w skruszeniu wysłuchać reprymendy kierownika - parska śmiechem, pobudzając do śmiechu całą kolonię. Jak w najogólniejszych zarysach należy radzić sobie, gdy nasz "dowcipny" wychowanek paraliżuje działalność wychowawczą swoim zachowaniem? Jeśli jego "kawały" są naprawdę śmieszne i w dobrym guście, śmiejmy się z nich razem z innymi. Jeśli stawiają one w poniżającej sytuacji innych lub dotyczą czegoś, z czego śmiać się nie należy, reagujmy ostro i szybko. Starajmy się jednak eliminować do minimum publiczne rozprawy z "dowcipnisiem" pamiętając, że skore do śmiechu audytorium umacnia jego pozycję, a osłabia naszą. Nastawmy się raczej na przeprowadzenie rozmowy indywidualnej, gdyż nie mając przed kim się wygłupiać, stanie się spokojniejszy i łatwiej będzie się można z nim dogadać. Nie przyjmujmy do wiadomości jego błazeńskiej pozycji w grupie, nigdy nie nawiązujmy do jego ukrytych czy jawnych wad, zmobilizujmy też całą swą inteligencję, aby wychowankowi i jego rówieśnikom udowodnić, że nadaje się on równie dobrze jak inni do normalnych, poważniejszych zadań. Skłonność do błaznowania wiąże się z pewnymi zdolnościami aktorskimi. Wykorzystanie tych zdolności może być cennym osiągnięciem wychowawczym zarówno dla naszego wychowanka, jak i dla całej grupy. Jeszcze jeden sposób zachowywania się podczas pierwszych dni pobytu na kolonii, który chcielibyśmy tu omówić, to drażniące wychowawcę demonstrowanie przez dziecko pogardliwego stosunku do kolonii i wszystkiego, co się z nią wiąże. W każdej grupie dziecięcej, młodszej lub starszej, pojawić się może specjalista od takich demonstracji. Nie pomija on żadnej okazji, aby pokazać otoczeniu, że przebywanie na koloniach jest w ogóle poniżej jego godności, wszelkie zajęcia uznaje za nudne i głupie, zaś personel kolonijny chciałby traktować jak służących zatrudnionych za pośrednictwem zakładu pracy jego rodziców. Rości sobie z tego tytułu prawo do patrzenia na wszystkich z góry i krytykowania wszystkiego. Takie zachowanie także jest czasem parawanem służącym do ukrycia kompleksów lub własnego niedołęstwa, a a czasami dziecko ma po prostu przewrócone w głowie. Zdarza się to często, gdy rodzice jego pełnią funkcje nadzorcze, kierownicze, lub społeczne w miejscu pracy i są tak niemądrzy, że wpajają dziecku poczucie wyższości wypływające z tego powodu. Stąd rodzi się "kolonijna arystokracja", która stara się uzyskać przewagę nad innymi. Niestety często zdarza się, że dziecko takie dzięki eleganckiemu wyglądowi zewnętrznemu, umiejętności dobrego wysławiania się, skłonności do mędrkowania i kilku udanym "pokazom niezależności" wobec wychowawcy, zyskuje sobie duży wpływ na rówieśników. Musimy jednakże starać się bardzo, aby nie dopuszczać do takiej sytuacji, ponieważ cała grupa może zarazić się "wybrzydzaniem" i wtedy z trudnością będzie można wykrzesać z niej entuzjazm do jakichkolwiek zajęć. Wychowawca powinien w sposób rozsądny i taktowny umniejszać wpływ takiego dziecka na grupę, co się przyczyni w znacznym stopniu do osłabienia ujemnego wpływu wywieranego na całą grupę. Jednocześnie musimy się starać stworzyć takiemu dziecku szansę społecznie pozytywnego spożytkowania własnych talentów i ambicji, musimy też okazywać mu taką samą życzliwość jak innym. Czasami zdarza się, że dziecko takie uzyskuje nagle poczucie więzi i wspólnoty z zespołem, reprezentując kolonię lub grupę na zewnątrz w jakichś trudnych, np. konfliktowych sprawach. Czasami następuje to po wykonaniu jakiegoś specjalnie trudnego zadania, jeśli w ogóle uda się je do podjęcia takiego nakłonić. Nie można jednak ukrywać, że tego rodzaju jednostki, zwłaszcza jeśli są w nich silnie zakorzenione i ugruntowane postawy aspołeczne, należą do najtrudniejszych na koloniach przypadków wychowawczych. Przedstawione tu sylwetki dzieci kłopotliwych i związane z tym problemy w pierwszych dniach kolonii wcale nie muszą występować dokładnie w takiej postaci, w jakiej je opisaliśmy. Chodziło nam raczej o przedstawienie pewnych typów z zachowań, które mogą też pojawić się w innym czasie, w innym nasileniu, występować nie u jednostek, ale w większych grupach dzieci i mieć nieco inne przyczyny i przebieg. Stąd też nie nasze recepty, ale przede wszystkim własne rozeznanie w sytuacji powinno wskazać odpowiednie metody postępowania. Ale trzeba liczyć się także z tym, że błędy wynikające z braku rozeznania sytuacji, z fałszywej oceny wychowanka są w tych pierwszych dniach nieuniknione. Staramy się więc asekurować przed następstwami tych błędów unikając posunięć nieodwracalnych, mających trwałe konsekwencje (np. karnego przeniesienia wychowanka do innej sali lub grupy, "zdejmowania" z funkcji, która została mu powierzona do końca turnusu). Mimo najlepszego przygotowania do pracy wychowawczej natkniemy się na takie sytuacje, wobec których poczujemy się bezradni i żadne dobre rozwiązanie nie przyjdzie nam szybko do głowy. Niekiedy można zawiesić, odroczyć sprawę na jakiś czas, mówiąc - "porozmawiamy o tym wieczorem", i uzyskać w ten sposób możliwość namysłu albo poradzenia się kogoś. Bywają jednak takie wypadki, w których konieczna jest natychmiastowa reakcja i musimy wtedy podjąć ryzyko popełnienia błędu. Korzystajmy wtedy z pomocy bardziej doświadczonych wychowawców lub zwróćmy się o pomoc do kierownictwa kolonii. Bądź dobrym wychowawcąPamiętajmy, że na początku turnusu nie tylko my obserwujemy dzieci, ale i sami jesteśmy przedmiotem bacznej obserwacji. Gdyby dzieciom kazać wygłosić charakterystykę Pani lub Pana, może nie umiałyby tego zrobić, ale z ich postępowania wynika, że wyciągnęły już trafne wnioski z różnych naszych "słabych stron" i potrafią je świetnie wykorzystać. Dlatego te pierwsze dni są w pewnym sensie próbą sił obu stron. Dzieci eksperymentują: co nam wolno? Ile zniesie nasz wychowawca? Do jakiego momentu można "przeciągnąć strunę"? Kiedy po pierwszych dniach ustalą sobie zakres własnej swobody, na ogół, jeśli nie pojawią się jakieś nowe czynniki (np. nuda), nie przekraczają go zbytnio. Każdy wychowawca powinien mieć własny "styl bycia". Styl ten, najprościej mówiąc, polega na wyborze i rozwijaniu takich cech osobistych, które mają właściwości wywierania sugestywnego wpływu na innych, budzenia sympatii, zaufania i szacunku lub nawet podziwu. Na dobór tych cech nie ma jednak przepisu. Każdy musi stworzyć je sam w toku własnej pracy i oczywiście nie staje się to w ciągu jednego turnusu. Istnieją pewne cechy w wyglądzie lub sposobie bycia, które ułatwiają nawiązanie kontaktu z dziećmi. Trzeba jednak pamiętać, że są wychowawcy, których charakterystyka zewnętrzna urąga wprost tym wszystkim wzorcom, a dzieci poszłyby za nimi w ogień. Bystra obserwacja i orientacja oraz dobra pamięć oddadzą nam nieocenione usługi w pierwszych dniach pracy na kolonii. Pamiętajmy, że w tym okresie szczególnie ważne jest konsekwentne egzekwowanie wykonania wydawanych poleceń. Nie możemy powiedzieć "dzieci, pozbierajcie te papierki" - a następnie zająć się czym innym i zapomnieć o tym. Kilka takich zdań "rzucanych na wiatr" utwierdzi dzieci w przekonaniu, że można w stosunku do nas stosować metodę "dryfu", tzn. że można zagadując nas i odwracając naszą uwagę powodować nami według swojej woli. Pamiętajmy jednak, że nie możemy ograniczać się jedynie do wydawanie poleceń. Powinniśmy zachęcać dzieci do ich wykonywania, najlepiej własnym przykładem - przecież "korona z głowy nam nie spadnie", jeśli przy sprzątaniu boiska schylimy się raz czy drugi po papierek... W pierwszych dniach kolonii warto poświęcić trochę czasu na uzyskanie dyscypliny zewnętrznej w grupie - tzn. sprawnego gromadzenia się, ustawiania w dwuszeregu, odliczania itp. Ma to znaczenie ogromnie mobilizujące i dyscyplinujące, pozwala dzieciom czuć się cząstką wspólnego organizmu, a niektórym - szczególnie młodszym chłopcom - wręcz imponuje. Pamiętajmy jednak, że należy stopniować te zajęcia w zależności od reakcji grupy, a także nie nadużywać decybeli! Niejeden początkujący wychowawca, chcąc pokryć swoje onieśmielenie i niepewność w stosunku do grupy, gwiżdże ogłuszająco gwizdkiem przy każdej okazji lub krzyczy co sił w płucach. Osiąga tym skutek wręcz przeciwny od zamierzonego, dzieci bowiem bardzo szybko przestają reagować na odgłos gwizdka i krzyki, a wychowawca chrypnie po kilku dniach. Gwizdek jest konieczny w rozgrywkach sportowych i w czasie kąpieli nad morzem, ale nie powinien służyć do dyscyplinowania dzieci! Wielu młodych wychowawców, chcąc w "trybie piorunującym" zaprzyjaźnić się z grupą, opowiada im bardzo dużo o sobie. Sposób ten może okazać się zawodny, jeśli będzie pozbawiony umiaru. Gdy opowieść będzie ciekawa, grupa sama upomni się o dalsze opowiadania. Jeśli wywoła ona oddźwięk w postaci chęci opowiadania o sobie przez dzieci, należy pilnie tych opowieści słuchać, nawet gdybyśmy mieli jeszcze ochotę mówić dalej o sobie. Pamiętajmy też, że nadmierne "kumplowanie się" z dziećmi może spowodować, że w rezultacie nasze pociechy "wejdą nam na głowę" i nie będziemy stanowić dla nich żadnego autorytetu. Wprowadźmy od pierwszych dni atmosferę wzajemnego szacunku. Wysłuchajmy uważnie tego, co dzieci mówią do nas, i nie lekceważmy ich spraw. Nawet jeśli w kimś dostrzeżemy od pierwszego rzutu oka notorycznego skarżypytę, przez pierwsze dni wysłuchajmy jego skarg cierpliwie. Nauczmy się jak najszybciej imion dzieci na pamięć. Jeśli nie znamy ich jeszcze, a musimy kogoś przywołać, nie używajmy nigdy określeń, które mogą być uznane za obraźliwe: np.: "ty grubasku, piegusie" albo: "ty, z tymi zębami". Przezwiskami, które dzieci nadają sobie wzajemnie, posługujemy się tylko wtedy, jeśli sam przezywany je akceptuje. Nie urażajmy ambicji indywidualnych ani zbiorowych sformułowaniami w rodzaju "ja już widzę, że wy to będziecie najgorszą grupą na całej kolonii". Przestrzegajmy podstawowej zasady patrzenia w oczy podczas rozmowy z dzieckiem lub grupą dzieci. Unikanie wzroku rozmówcy w niepisanej konwencji międzyludzkiej od tysiącleci oznacza lęk lub złe zamiary, a już co najmniej lekceważenie. Jeśli grupie wydajemy komendę podczas zbiórki, róbmy to na stojąco. Wychowawczyni, która siedząc na ławce i piłując paznokcie mruczy niedbale komendę "baczność", nie może oczekiwać efektywności swych poleceń. Jednocześnie z całą surowością należy tępić przejawy arogancji i chamstwa w stosunku do siebie i innych dorosłych, pamiętając wszakże, że częściej są one rezultatem niewiedzy niż złej woli. Warto również wiedzieć, że podczas jakiejś ostrej scysji z wychowankiem lub wychowanką odejście od tematu i spokojne zażądanie, aby stanął porządnie i wyjął ręce z kieszeni, przywołuje lepiej do porządku zacietrzewionego młodego człowieka niż najstraszliwsze, groźby i gniew. Zwracajmy szczególną uwagę na sposób odnoszenia się dzieci do personelu kuchennego i innych pracowników fizycznych kolonii i nie zezwalajmy na żadne "jaśniepańskie tony". Wygląd zewnętrzny wychowawcy, poczucie humoru, umiejętność interesującego mówienia, podstawowy zasób wiadomości o sprawach pasjonujących chłopców i dziewczęta - takich jak np. komputery, książki, filmy, muzyka - wszystko to ułatwia nawiązanie kontaktu z grupą. Pamiętajmy przy tym, że przyjechaliśmy na kolonie aby służyć dzieciom. Nie izolujmy się od nich, w sposób zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Bądźmy zawsze gotowi śpieszyć im z radą i pomocą. Nie barykadujmy się przed nimi w naszych pokojach. Starajmy okazywać im mnóstwo zainteresowania, ciepła i uczucia nie tylko słowami, ale drobnymi gestami. Nie ma niczego złego w tym, że chwaląc pogłaszczemy dziecko po głowie lub przytulimy, kiedy tego potrzebuje. Zbliży nas to do dzieci i uczyni nasz kontakt z nimi bardziej uczuciowy, a nie tylko formalny. Dbajmy o to, by drzwi do naszego pokoju i naszego serca były zawsze otwarte. Uczmy się od dzieci na nowo tego wszystkiego, czego jako dorośli się wyrzekliśmy. Bądźmy dla nich autorytetem, ale nie wymądrzajmy się przy byle okazji, lecz kiedy poproszą, z pokorą służmy radą i pomocą. Pamiętajmy, że jesteśmy na koloniach dla nich i dzięki nim. Być wychowawcą - to służba na rzecz dzieci, ich rodzin i całego społeczeństwa - brzmi jak slogan, ale czyżby... |