Today is Sunday, 1 august 2010,
Twoje biuro podróży - SCOUT TOUR * Kolonie * Obozy * Wczasy * Wycieczki * Last minute * Paintball * Imprezy integracyjne * Kursy wychowawców * www.scout.com.pl
Oferta
 
Symbol (kod) oferty:
 
TRANSPORT
 
 
 

Logowanie
 
Newsletter






 
Polecamy
 
 
 
String:
Profile:
 
GaduGadu Skype Call me!
Kliknij i wyślij do nas e-maila
About us

Podeszliśmy wroga z dwóch stron. Trup ścielił się gęsto, bo z każdej strony nad głowami świstały kule

Zobacz powiekszenie
Fot. Paweł Kozioł / AG
 
Na znajdującym się na wrocławskim Zakrzowie polu paintballowym zagrać może każdy, kto ukończył 12. rok życia. Rozgrywka w pojedynkę albo kilka osób nie ma większego sensu. Najlepiej jest zebrać grupę co najmniej ośmiu osób, bo można podzielić się na dwie drużyny i wtedy gra nabiera prawdziwych rumieńców. Dlatego dziennikarze wrocławskiej "Gazety" postanowili przetestować grę na własnej skórze. Dosłownie.

Niektórym do dziś zostały siniaki, bo wystrzelona z markera pod ciśnieniem dwutlenku węgla kula, składająca się z żelatyny spożywczej, prawie zawsze zostawia na ciele ślad. Obowiązkiem jest założenie plastikowej lub gumowej maski na głowę podczas gry. Zabronione jest jej ściąganie na polu walki, bo można wtedy stracić nawet oko.

Polacy to Polacy, Anglicy to Niemcy

Uzbrojeni w wiedzę o zasadach bezpieczeństwa na polu, ruszyliśmy do walki. Graliśmy (w polskich mundurach) przeciwko drużynie Anglików (mundury niemieckie), którzy przyjechali do Wrocławia na wieczór kawalerski. Dodatkowo członkowie obydwu drużyn nosili na głowach zielone lub pomarańczowe chusty, bo trudno z dalszej odległości rozpoznać przeciwnika po mundurze.

Na kilku hektarach pola organizatorzy poustawiali rozmaite przeszkody - od drewnianych zasłon, przez karoserię trabanta, aż po wieże strzelnicze. Pierwszy scenariusz to klasyczny deathmatch, czyli gra "na wybicie" ostatniego członka drugiej drużyny. Gracz eliminowany jest z pola walki wtedy, gdy zostanie trafiony.

Jak to poznać? - Od razu poczujecie - śmiał się Robert, jeden z właścicieli pola paintballowego. Prawdę mówił.

Kilka pierwszych rund grałem w drużynie pomarańczowych, czyli Anglików. Walkę z Polakami rozpoczęliśmy na dwóch skrajnych końcach pola. Po gwizdku zaczął się atak. Podeszliśmy zielonego wroga z dwóch stron, kryjąc się za niskimi ściankami, oponami i atrapami budynków. Nad głową świstały żelatynowe kule, trup wroga ścielił się gęsto.

Największym problemem było znalezienie dwóch ostatnich osób przeciwnej drużyny, które ukryły się w lasku. Dwie kule w plecy załatwiły jednak problem ostrzału i tę rundę wygraliśmy.

Aż do drugiej rundy udawało mi się uniknąć kuli, problem zaczął się w trzeciej, gdy scenariusz przewidywał wciągnięcie flagi na maszt. Podkusiła mnie świeca dymna rzucona przez sędziego w kierunku masztu i zacząłem biec do ściany, znajdującej się najbliżej flagi. Adrenalina ogromna, serce bije coraz szybciej, tym bardziej że od razu usłyszałem rozbryzgujące się za zasłoną kule, które ktoś wystrzeliwał z naprzeciwka. Nawet nie byłem w stanie się bronić. Szybko dostałem tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, i musiałem zejść z pola.

Dobiliśmy prezydenta

Kolejny scenariusz to "obrona prezydenta". Jedna osoba z drużyny kładzie się do wraku samochodu na środku pola, a pozostali członkowie ekipy jej bronią. Na nich naciera druga drużyna, która musi prezydenta odbić lub dobić. My zagraliśmy na dobicie. Udało się, choć nasza strategia zakładała "polską improwizację", czyli każdy biegnie tam, gdzie chce, i robi to, co chce.

W ostatnim scenariuszu chodziło o "przechwycenie bomby" do własnej bazy. Tu polegliśmy sromotnie, a Anglicy (w międzyczasie zmieniłem drużynę na polską) załatwili nas pokazowo. Odbili walizkę tak szybko, że nikt z nas nie zorientował się, kiedy to się stało. Dodatkowo ustawili dwóch strzelców, którzy pruli do nas seriami, gdy tylko ktoś wychylił głowę znad zasłony. Nasza polska improwizacja tym razem poniosła sromotną klęskę.

Paintball to nie strzelnica

Zasięg markera nie jest duży, niepotrzebny jest też celownik, bo doskonale widać tor lotu kuli. Markery nie są automatami, ale potrafią wystrzelić do sześciu kul na sekundę. W magazynku jest ich sto. Po dwóch godzinach biegania, z przerwami na odpoczynek i doładowanie broni, wszyscy wyglądali jak po ciężkim starciu.

W tzw. strefie bezpieczeństwa poza polem walki zaczęła się prezentacja odniesionych w walce siniaków. Jeden z redakcyjnych kolegów po walce wyglądał jak po starciu z ciężarówką pełną jogurtów. Dwukrotnie został trafiony pod maską i żelatynowe kule rozbryzgały mu się na twarzy. Niektórym obcisłe kombinezony, w których walczyli, przykleiły się do ciała. Gra w mundurze i masce przy wysokiej temperaturze jest dość męcząca, choć szybko się o tym zapomina, gdy wiadomo, że za chwilę zacznie się kolejny scenariusz. Organizatorzy paintballu mają w swojej ofercie ich ponad dwadzieścia.

Paintball to świetna zabawa, pod warunkiem że ma się przynajmniej osiem osób gotowych do gry. Spora część graczy to pracownicy firm, którzy przyjeżdżają na imprezy integracyjne. W bezpośrednim sąsiedztwie jest jeszcze bowiem tor quadowy, a pobliskie okolice nadają się do off-roadu (jazdy samochodami terenowymi) i grillowamia.

Z prawdziwym strzelaniem i wojskiem, z którym mnie było zawsze nie po drodze, paintball nie ma wiele wspólnego. Mimo to grze towarzyszy mnóstwo emocji i poszukiwacze adrenaliny nie powinni być zawiedzeni.

** W paintball można pograć na wrocławskim Zakrzowie przy ulicy Widawskiej. Organizatorzy oferują pakiety dwu- i trzygodzinne oraz imprezy dłuższe na zamówienie. Dwugodzinne zaczynają się od 50 złotych za osobę (w tym wypożyczenie markera ze stu kulami, całym sprzętem, ubraniem, szkoleniem i prowadzenie przez sędziego), do 85 złotych (w pakiecie 400 kul). Trzygodzinne pakiety kosztują w zależności od ilości kul od 55 do 95 złotych za osobę). Wszystkie szczegóły Kontakt i rezerwacja telefoniczna: Sylwester Pałuk - 606 421 17, Robert Kępowicz - 602 155 788, lub BP Scout Tour, al. Kasprowicza 104, Wrocław, tel. 071 326 00 90
 
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław